środa, 6 maja 2009

Czasami człowiek musi, inaczej się udusi...

Jako że w obecnych czasach bloga ma każdy, nawet Jola Rutowicz i jamnik tej rudej z siódmego piętra, co złośliwie gasi światło zaraz po powrocie z kąpieli, będę miał i ja. Jak Mambę. Można to żuć jedynie krótką przez chwilę, ale i tak się rozpuści. Więc zagrożenie dla trwania ludzkości jest nikłe.

Posługiwanie się językiem pisanym, to wyższa szkoła jazdy. Ja nigdy nie wyjdę z poziomu trójkołowego rowerka, co nie przeszkadza mi w zjazdach na nim z Kasprowego po tych linkach, co wiszą nad kolejką. Ostatecznie, nikogo, pod groźbą lufy karabinu maszynowego czy maratonu "Gwiazdy tańczą na lodzie" do czytania się nie zmusza. A do pisania i owszem. Jakaś potrzeba, by czasem wypluć z siebie te paskudne emocje, co tłuką się w człowieku i tkwią jak pasemko mięsa kurczaka, między górną czwórką a piątką...

OK, usprawiedliwiłem się z czynu, czas więc do niego przystąpić. Znając moje lenistwo, nie będzie to blog ani regularny, ani pokryty długimi przemyśleniami na temat zbrojeń w basenie Morza Żółtego czy też wpływu oprysków kakaowca na Dominikanie na bielinka kapustnika w dorzeczu Mleczki i Wisłoka. Co napiszę, to będzie.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza