sobota, 14 grudnia 2013

Zaległości!

Ze zdumieniem zauważyłem jak bardzo zaniedbałem bloga... Wiec hurtem wrzucę zaległości z pierwszego półrocza:


...

Mózg leży na chodniku.
Pewnie w wypadku wyniku.
Zużyty nieco,
fałda na fałdzie.
Ciekawe,
kto go znajdzie...

Mózg leży na chodniku.
Sam jeden, uwagę więc przykuł.
Babcia stanęła, na grypę chora,
szukała kalafiora.
Ale że była weganką,
cynk tylko dała koleżankom.

Przyszły, zrobione na bóstwo.
"Eeee. To jest chyba lustro!
Musimy iść do SPA,
coś w końcu zmarszczkom
radę da!"

Wracali z nocnej wycieczki
Litwini... Nie, to z innej beczki...
Blokersi wracali z imprezy.
Więc chował się kto w Boga wierzy.
Spojrzeli. Mózg.
No cóż. Byli już po wieczerzy.

Na koniec, już nie w porę
Studentki pod parasolem
na mózg spojrzały, zachichotały.
"Gdyby miał resztę,
wart byłby zgrzeszeń,
a tak, to tylko ma morał"

I morał stanął nad mózgiem.
"Po cóż me wnioski próżne.
Mózg, i to nie pierwszej świeżości.
Pewnie rzucony w złości.
Premier w Warszawie, w robocie."
A mózg na ulicy, w Sopocie...

================================================

Optymizmu szczypta


Ponad wzgórzami zapada noc.
Otwarte oczy i ciepły koc.
Księżyc rozparty na z mgły pościeli
świeci mi w okno. Tylko w pysk strzelić!
Bo on wciąż patrzy jak głodny kot.
I zamiast wiersza wychodzi gniot...
Więc, gdy nie mogę zasnąć i pośnić,
liczę radości.

Mogło się nie przydarzyć w życiu.
A jednak się przydarzyło.
Normalna praca, normalne dziecko,
normalna miłość
Mogło być gorzej, a jest chyba lepiej.
Coś z Tamtej Strony w ramię mnie klepie.


Mogło nie wyjść, a przecież wyszło.
A na dodatek,
jeszcze będzie
piękna przyszłość.

===============================================

Mury runą?


Tak zastanawiam się i myślę,

oraz zachodzę w głowę,

po co, gdy już runęły mury,

postawiliśmy nowe.



Dlaczego tą najtrwalszą

zasadą, jak świat światem:

"Nie będzie Polakowi

ten inny Polak bratem."



Dlaczego tak już mamy

i z jakiej to przyczyny,

że burząc budujemy,

stawiajac zaś niszczymy...

===========================================================

Człowiek z Dziurą (ekologiczną)
z cyklu: "Spotkania z ciekawymi ludźmi." (1)



Często parkujac samochód pod swoim blokiem widziałem jednego ze swych sąsiadów. Zazwyczaj ciągnął za sobą dwukołowy wózek, wypełniony rozmaitym śmieciem. Pustymi butelkami, kartonami, gazetami, plastikiem, chińskimi butami z bardzo sztucznej skóry, monitorami i telewizorami, a raz nawet konsolami do gier pewnej firmy z Bardzo Dalekiego Wschodu. Spotykaliśmy się przy windzie, gdzie z racji starszeństwa puszczałem go przodem wraz z wózkiem, by następnie wtulić się w pozostały skrawek windy (za to z dostepem do klawiszy). Pan zawsze grzecznie odpowiadał na moje "dzień dobry", ładunek z racji małobiologicznego pochodzenia raczej nie trącił, a karaluchy, tak zazwyczaj chętne towarzyszeniu ludziom z podobnymi upodobaniami z upodobaniem omijały nasz blok, więc z czasem nawet polubiłem Pana z Wózkiem.

Nosił starannie utrzymany sarmacki wąs, przy rytualnym "dzień dobry" uśmiechał się nieśmiało, patrzac gdzieś w dal niedosiężną, choć jednak ograniczona szybem windy. Wózek zaopatrzył w odboje ze starych opon, by nie obijać postronnych użytkowników swego otoczenia twardymi kantami. Słowem - ideał lekko zdziwaczałego sąsiada.
We wtorek (a może to było w środę, nie pamietam, bo wracałem około południa z pracy, niedospany z brakiem nadziei na niedopicie), sąsiad tuż po sakramentalnym "na dziewiąte proszę", zagadał.

-Pan się pewno dziwi?
-A czemu? - spytałem zdziwiony.
-No, że ja, z tym wózkiem, codziennie w windzie...

Zaprzeczyłem grzecznie. Zdziwiony bowiem byłem. Z moich obliczeń, poczynionych mimochodem podczas wielokrotnej mej drogi z pracy do domu wynikało bowiem, że Pan z Wózkiem zwiózł w miedzyczasie naszego wspólnego pomieszkiwania w jednym bloku do swojego mieszkania kubaturę odpadków cywilizacyjnych dającą sie zawrzeć w płaskowyżu Dekan. Wraz z wszystkimi zamieszkująjącymi ten obszar Hindusami.
-No cóż, są na świecie rzeczy, o których sie nie śniło Euklidesowi. -mój przyjazny uśmiech chyba przełamał lody typowego sąsiedztwa, gdyż Pan z Wózkiem chwycił mnie z nagła za rękę, przycisnął do swej piersi i wyznał:
-Muszę panu coś wyznać!
Bardziej odsunać się już nie mogłem. Kąt windy tuż obok klawiszy nie jest zbyt obszerny. Sąsiada lubiłem, ale tak raczej na zasadzie skojarzenia z sikorkami na parapecie zimą. Przyjemnie popatrzeć, a parapet wciąż niezasrany.
-Wciśnie pan parter? - zapytał nieśmiało.
To nie był zły sasiad. Wcisnąłem.
-Dziękuję. Żyję, jak pan zapewne wie, samotnie. I brakuje mi osoby, z którą mógłbym się pożegnać.
-Pan gdzieś wyjeżdża? -zapytałem zaskoczony, gdyż od siedmiu lat przyzwyczaiłem sie do stałych zwyczajów Pana z Wózkiem, a często nawet będac na wakacjach odruchowo myślałem o nim o ustalonych porach.
-To krótka historia, ale sam nie wiem, czy ma pan tyle czasu. Pan przeważnie na siódme.

Przeważnie! Jeśli on to zauważył, to pewnie lada moment zauważy ktoś inny... Może nawet żona. A może ja lubię wysiadać na siódmym? Może nie ma to nic wspólnego z panią Moniką? I jej biodrom jak wiolonczela Amatich. I jej... Nie, to nie ma nic z tym wspólnego!

-Lubię mieć trochę ruchu po pracy, pan rozumie, osiem godzin na krześle... -byłem zażenowany, ale starałem się, by było to nieprzesadne.

-Rozumiem! Przepraszam, ale tak rzadko z kimkolwiek rozmawiam, że sam nie wiem, co mam rozumieć, a co nie. - nie żenował się, raczej z solidarności męsko-męskiej, niż z własnej potrzeby.

-Ależ proszę bardzo. Na dziewiąte?
-Prosiłbym...

W okolicach drugiego piętra sąsiad zaczął.

-Wyrastałem w biednym domu. Moja mamusia miała tylko mnie, jedynego, a na domiar nieślubnego. Jak się po latach domyśliłem, tatusia nie miałem. To był czas już nowoczesnych imprez integracyjnych, a jednak wciąż podtrzymywanych wódką z czerwoną kartką.

Mamusia była księgową. Od dziecka jedynymi przyrządami mechanicznymi w domu, tak pociągającymi mężczyzn płci męskiej, prócz pralki "Frania", były - maszyna arytmetyczna z korbką, oraz dziurkacz żeliwny.

Kalkulator nie pociągał mnie. Poznawszy zasady jego działania z rozczarowaniem stwierdziłem, że 2+2 za każdym razem równa się 4. Będąc dzieckiem ubogim po rodzicach, aczkolwiek rozwinietym (z tej samej strony) zdecydowałem, że 2+2=4 nie będzie stranowić o moim życiu.

Dziurkacz był o wiele ciekawszy. Dziurki co prawda miały stałą średnicę, za to przy odrobinie dobrej woli (oraz dzięki napojom alkoholowym, gdyż w międzyczasie dorosłem), stawały się coraz to bardziej nieprzewidywalne, a co za tym idzie, ciekawsze. Postanowiłem więc poświęcić się tej dziedzinie. Pokochałem ją, zwłaszcza, że z czasem zacząłem osiągać zadziwiające rezultaty w tej sferze. Już w wieku 18 lat byłem ekspertem, którego koncerny serowarskie błagały o pozytywną recenzję ich serów, a zwłaszcza najbardziej cennych ubytków w ich serach, a Akademia Nauk ZSRR prosiła o komentarz na temat przestrzeni między oficjalnymi danymi, a wynikami badań jej co bardziej niepokornych akademików. Konwicki pisząc "Dziurę w niebie" osobiście czytał mi świeżo napisane fragmenty. Nurkowałem z Cousteau, z Hawkingiem rozstrzygnęliśmy wyścig na wózkach (widzi pan te wgiecia na ramie? Zepchnął mnie do rowu pod Bełchatowem, twardy zawodnik!). Aż po tak wielu latach zajmowaniem się teorii dziur, zdecydowałem się swoje domysły sprawdzić empirycznie.

-A miał pan jakieś rezultaty? Empiryczne mam na myśli - spytałem, jak to się mówi, "dla podtrzymania razgawora".

Zmieszał się chyba. Bo, choć o tym nie wspomniałem, z wygladu był człowiekiem skromnym i pozbawionym egocentryzmu.

-Miałem. A nawet wciąż mam. Możemy na górę?

Teraz już zaciekawiony wcisnąłem przycisk na panelu windy.

-To całkiem świeża sprawa, eksperymentuję nad nią od najwyżej siedmiu lat. Stworzyłem dziurę w czasoprzestrzeni.

Jako, że interlokutor zdążył mnie już zafascynować, nie zdziwiłem się. Ale lekki niepokój pozostał.
-Czarną? -zapytałem z niepokojem.
-Nie, jak pan widzi- zademonstrował wyciągając ze spodni kieszeń z imponująca dziurą wewnątrz - raczej szarą. No, szaroburą, sam pan rozumie, swoje lata już ma, a łatwiej mi umieścic pralkę w dziurze, niż na odwrót.

Wyglądał na lekko zawstydzonego, więc pośpiesznie zapewniłem go o swym zrozumieniu. Z wyglądu tak dziury, jak i spodni, tudzież wytartego paletka wyraźnie było widać, że Pana z Dziurą nie stać na cotygodniowy zakup nowej pralki.

-I do czego ten wynalazek może służyć? - zapytałem, już całkowicie zafascynowany Panem z Wózkiem, a właściwie z Dziurą.

-No jak to? - Pan z Dziurą lekko pokiwał głowa nad moją miedomyślnością. - Sam pan wie, jakie ilości śmieci wytwarza nasza cywilizacja! Gigametry kwadratowe! Więc ja, w miarę swych sił staram sie je utylizować. Czyli prościej, upychać w swojej dziurze. Ze świata codziennie znika nieco śmieci, choć powiem panu, że moja wydajność oczyszczająca w stosunku do chęci samozagłądy świata jest dalece niewydajna... Ale staram się. - tu znów sie uśmiechnął, patrząc, teraz już wiem, na swoją dziurę w kieszeni, a nie w podłogę windy. -Można jeszcze na parter?

Wcisnąłem przycisk na panelu windy. Do głowy cisnęły mi się tysiące myśli.

-To wspaniałe, co pan robi! Szkoda, że nie opowiedział mi pan o tym wcześniej! Miałem mnóstwo butelek, plastiku, oraz inne niebiodegradawalne odpadki!
-Pana śmieci, pan wybaczy, też podbierałem. A dziś chciałem się po prostu pożegnać.
-Ależ! Pan gdzieś wyjeżdza?
Nieco skrępowany zadreptał w miejscu.
-Dzielnicowy ostatnio pytał o moją żonę. Sam pan rozumie, tyle pytań i tak mało odpowiedzi. Pewnie będę ją musiał poprosić o wyjaśnienia na piśmie dla władzy... A panu serdecznie dziekuję za rozmowę, dobrze się wreszcie komuś wygadać...
Wykonałem minę rozumiejącego faceta. A sąsiad wyjął z kieszeni dziurę, i ze słowami "Pan wybaczy, ja po żonę spadam" wszedł w nią. I spadł.
---------------------------------------------------------------------------------------------------
Wcisnąłem siódme.
Muszę sie odstresować. Nasza cywilizacja niestety nie potrafi odróżnić pereł od karmy dla wieprzy. A przecież w internecie jest tyle stron o skarmianiu nierogacizny...

Na wszelki wypadek płacę od pół roku czynsz sąsiada. W końcu tak niewiele osób chce z nami szczerze porozmawiać...


====================================================

Krótki wiersz (dwujęzyczny) na piątkowy wieczór ;)

Zdejmij stanik
and don't panic.

====================================================

Coś na ząb (impresja poranna znad szczątków)


Jak to jest,
że gryzie pies
wszystko, tak jak leci.
Co spod psów wystaje,
spokoju nie daje.
Trzeba gryźć! Jak dzieci...

Pan jak na złość gumową kość
rzucił, by szkód uniknąć.
Dywan, no cóż, jest w strzępach już,
więc trzeba kość, niesmaczną dość...
Bo Panu będzie przykro...

I tylko obrus jeszcze,
bo prawie jest na ziemi.
A stary kapeć pieści
cudownie podniebienie.
Pan jeszcze śpi, cichutko więc,
nie trzeba mu przeszkadzać.
...gumowa kość, wymyślił ktoś...
Może tę książkę od sąsiada?

A potem kilka gniewnych słów,
rulon z gazety, kąt.
Warto chyba było.
...I będzie też miło
jutro znów wziąć
coś na ząb.

=========================================

Ułamek z liczby, czyli piszemy z Młodym.


Młody dostał zadanie z matmy. Filologiczne... Napisaliśmy wspólnie, bo chyba pani nauczycielka przecenia możliwości 11 -latka. Temat zadania: napisz wierszyk o obliczaniu ułamka z liczby. Młody mi wytłumaczył, co to jest ten ułamek, to nawet zabawne.

P.S.: Wierszyk Młodego był może nawet lepszy, ale to nie jego blog!

Niekiedy głowa wpada w zamęt.
Lecz po co płacze oraz lament?
Oto jest wytrych do wiedzy zamku,
czyli twa ściąga do ułamków.
Ja ci opowiem, a ty ćwicz, by
obliczyć szybko ułamek z liczby.
Otóż, bierzemy jakieś działanie,
z pozoru trudne niesłychanie.
I dam tu przykład takiego questu:
czym cztery piąte są z dwudziestu?
Z pozoru trudne, lecz już widzicie,
mianownik z dołu, licznik na szczycie,
by się nie wpędzić w dom bez klamek,
prędko mnóż liczbę przez ułamek.

Od razu stało się już jaśniej,
bo w mianowniku piątka właśnie,
co równo się w dwudziestce mieści
i cztery razy jest w jej treści.
A więc kolego, koniec spania,
szybko zabieraj się do skracania!
Już nastąpiła chwila miła -
dwudziestka w czwórkę się zmieniła,
w jedynkę piątka, prosta rzecz,
i cały kłopot poszedł precz.
Piękny to widok oraz szczery,
mnóż cztery pierwsze razy cztery,
aby po chwili mieć wynik właśnie:
te cztery piąte to jest szesnaście!

Aby nie plątać się w wynikach
dąż do wspólnego mianownika.
A może teraz mi powiecie
ile z piętnastu jest dwie trzecie?...

===========================================

CUKRÁŘSKÁ BOSSANOVA
Jaromir Nohavica
(tłumaczenie własne Haca)


Mój kumpel
rankiem ciastek je dla siedmiu gąb
a kiedy już je przełknie
myśli o repecie
zje ją z ochotką
Bo mówi
że dobrego nie zaboli ząb
bo to tak pięknie
chodzić po świecie
i mieć
w ustach słodko

Sława,
cukier i kawa
i pół litra becherówki
Rata, rata, rata,
znowu strata,
i znowu dług na cztery stówki.
Wszyscy cukiernicy w całym kraju
tylko dla niego ciastka wypiekają
A on im się odwdzięcza w pieśni słowem
śpiewając tę słodziutką bossanovę.

Mój kumpel Karel
z czarnego bzu uwielbia sok
i mówi, że jest jak marzenie,
glukozowy wyborowy odjazdowy
Lecz powiem wam:
patrzcie, jak mu rośnie
krągłość, jakby w ciąży chodził rok,
a ja mam zmartwienie,
że się zmienia w piłkę
i ktoś go kiedyś kopnie przez pomyłkę
A ja zostanę sam,
zupełnie sam...

Sława...


Mój kumpel Karel Plihal
Już od dawna swych nie widział stóp
Figura dosłownie
powierzchnią powala,
portki na trzy ary
Ale mówi:
węglowodan nie oznacza grób
ma w brzuchu kotłownię
w której to się spala,
ja to pochwalam, innych powala
A on je bon pari....

Sława...

==========================================

...

Miłość nie wybacza.
Zapamięta, przypomni,
przepłacze.
Miłość nie zapomina.
poklepie, zagłaszcze,
i dobrą do złej zrobi minę.

A potem znów płakać będzie,
aż do suchych powiek.

Jest miłością jedynie.

Bo miłość to kobieta.
To mężczyzna.
To człowiek.

==========================================

Gdzie jesteś Wiosno?!

Gdzie jesteś, Wiosno, i czemu
rzuciłaś mnie tak nagle?
Chciałbym to wiedzieć, po prostu,
zanim mnie wezmą diabli.

Być może już do Lata pędzisz
i tak się zapomniałaś w biegu?
Byś była bliżej choć o piędzi
wysikam imię Twe na śniegu... ;)


===========================================

Przychodzi baba do lekarza...

Pan kotek był chory
i leżał w łóżeczku,
i przyszedł pan Doktór...

Teraz z innej beczki -

Pani Zima była
już lekko zmęczona.
Coś ją łamie, dusi,
czuje, że już kona.
Minał marzec przecież
i kwiecień już mija.
A tu pustka w łonie,
co kąsa jak żmija...
Poszła do lekarza,
w ramach NFZetu.
Pan doktor ją zbadał:
"Jest OK, kobieto.
Oziebłość masz w normie,
jajeczka też były.
Może przyjdź za miesiąc".
Ponad jej to siły...
"Lecz panie doktorze,
tak nieśmiało spytam,
w końcu przeciez jestem
zwyczajna kobita...
Kwiecień już w połowie,
a we mnie ta troska:
już o dobry miesiąc
spóźnia mi sie wiosna..."

=======================================


Marsz postępu

Plujmy na groby, łammy krzyże,
lejmy na znicze, Biblie palmy.
Białe nazwijmy czarnym, a
Czarnych po pyskach walmy!
Niech sobie szczeka ciemny lud,
kaganiec się na niego znajdzie,
zmyjemy przeszłych wieków brud,
zatęchły w patriotów bajdzie.
Tęczą rozbite błysną łby
czarnosecinnych homofobów,
nowej przyszłości idą dni,
dni zaorania grobów.
Nastanie piękny, nowy czas,
zmieciemy przeszłość między bajki.
Już wiedzie ku przyszłości nas
Nike obuta w nowe najki.

Nikt nam nie zrobi nic,
bo z nami nowy Śmigły-Rydz!
Choć z wrzodu ścieka mętna ropa,
nikt nam nie zrobi nic,
każde nam kłamstwo ujdzie i pic.
Za nami Europa!


============================================

napisane od stycznia do 28.06.2013r.




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza