To jest cieplutki wiersz dla Pani,
Rumiany, jakby wyszedł z pieca.
Nikt za ściemnianie go nie zgani,
Gdyż jasny jak płonąca świeca.
Lekko zgryźliwy w swym języku
Choć pełen jest pogody ducha.
Prostolinijny, bez uników,
Bo to jest wiersz, nie ciepła klucha.
Słodki jak mała porcja kremu,
Choć ostry bywa i szalony,
Co najpierw mruczy po kociemu,
Aby znienacka wbić Ci szpony.
To wiersz pospiesznie napisany,
Jarzy się tylko, choć nie gaśnie.
Cichy, przytulny i kochany -
Bo to jest wiersz - jak Pani właśnie...
poniedziałek, 29 czerwca 2009
niedziela, 28 czerwca 2009
Tydzień
Już tydzień, a ja Tobą pachnę,
Twoim oddycham wciąż powietrzem.
Co było, jest już tylko błahe,
Nawet kłopoty już są bledsze.
Nie wiem, co myśleć o tym mam,
Może nie warto myśleć wcale.
Bo nie mam w myślach innych dam,
I czuję z tym się doskonale...
Co robić, co ze sobą mam
Uczynić, póki myśli w wietrze...
Skoro ja wciąż Twój zapach mam,
I Twym oddycham wciąż powietrzem...
Twoim oddycham wciąż powietrzem.
Co było, jest już tylko błahe,
Nawet kłopoty już są bledsze.
Nie wiem, co myśleć o tym mam,
Może nie warto myśleć wcale.
Bo nie mam w myślach innych dam,
I czuję z tym się doskonale...
Co robić, co ze sobą mam
Uczynić, póki myśli w wietrze...
Skoro ja wciąż Twój zapach mam,
I Twym oddycham wciąż powietrzem...
piątek, 26 czerwca 2009
Król nie żyje, gdzie jest król?
Skończyła się pewna epoka. Gdy w 1977 roku zmarł Elvis, Michael Jackson nie był jeszcze nawet księciem, ale gdy po pięciu latach interregnum nagrał album "Thriller", zajął tron. Bezdyskusyjnie. To jemu zawdzięczamy dzisiejsze wizerunki artystów, choreografię teledysków, skandale dla podtrzymania się na fali. Dzięki niemu MTV stała się stacją jaką znamy.
Dla mnie skończył się jako artysta już na początku lat 90-tych, ale zawsze będę mu wdzięczny za to, co osiągnął wcześniej. Był tym dla światowej muzyki pop, czym był John Porter dla polskiego rocka lat 80-tych - zapalnikiem i katalizatorem. Nie zjawił się deus ex machina, przecież działał w show businessie od dziecka, lecz potrafił odnaleźć nowe w istniejącym. Teraz została nam tylko Madonna, potrafiąca ścisnąć dolarówkę w dłoni tak, by aż orzeł się zesrał...
P.S.: Nie byłbym sobą, gdybym jednak nie dołożył szczypty dziegciu: Michael Jackson był typowym wytworem poprawnej politycznie, tkliwej i bezdennie głupiej Kalifornii! Hybrydą kreatorów wizerunku i własnej zdziecinniałej wizji świata. Geniusz, ale straszny palant. Ale i tak przejdzie do historii muzyki. Z dwóch powodów: pierwszy podałem wcześniej, a drugim jest to, że jako pierwszy w historii muzyki solista, rozpadł się...
Dla mnie skończył się jako artysta już na początku lat 90-tych, ale zawsze będę mu wdzięczny za to, co osiągnął wcześniej. Był tym dla światowej muzyki pop, czym był John Porter dla polskiego rocka lat 80-tych - zapalnikiem i katalizatorem. Nie zjawił się deus ex machina, przecież działał w show businessie od dziecka, lecz potrafił odnaleźć nowe w istniejącym. Teraz została nam tylko Madonna, potrafiąca ścisnąć dolarówkę w dłoni tak, by aż orzeł się zesrał...
P.S.: Nie byłbym sobą, gdybym jednak nie dołożył szczypty dziegciu: Michael Jackson był typowym wytworem poprawnej politycznie, tkliwej i bezdennie głupiej Kalifornii! Hybrydą kreatorów wizerunku i własnej zdziecinniałej wizji świata. Geniusz, ale straszny palant. Ale i tak przejdzie do historii muzyki. Z dwóch powodów: pierwszy podałem wcześniej, a drugim jest to, że jako pierwszy w historii muzyki solista, rozpadł się...
niedziela, 21 czerwca 2009
Radość o poranku
4:45 - Telefon zadzwonił, a w słuchawce dało się słyszeć głos brodatego mężczyzny z nadwagą - "Waldi, no gdzie ty jesteś?". Kto to jest Waldi???
5:10 - Z tętentem spienionych kopyt przebiegło po mnie stado dzikich kotów.
5:20 - Ruch Coriolisa sprowadził stado ponownie. Poowijałem im kopyta czapkami-uszankami, dla pewności przybiłem też zszywaczem tapicerskim. Wciąż tupią, ale jakby dostojniej.
5:30 - To były chińskie zszywki, i nie mam już więcej czapek-uszanek. Poczłapałem do lodówki i nałożyłem kotom żarło z puszki.
5:50 - Nie mogę spać, gdy dwa koty się na mnie gapią z odległości pół metra! Wstaję. Jakiś idiota nałożył kotom pomidory z puszki do misek. Gulasz zrobię sobie jutro.
5:10 - Z tętentem spienionych kopyt przebiegło po mnie stado dzikich kotów.
5:20 - Ruch Coriolisa sprowadził stado ponownie. Poowijałem im kopyta czapkami-uszankami, dla pewności przybiłem też zszywaczem tapicerskim. Wciąż tupią, ale jakby dostojniej.
5:30 - To były chińskie zszywki, i nie mam już więcej czapek-uszanek. Poczłapałem do lodówki i nałożyłem kotom żarło z puszki.
5:50 - Nie mogę spać, gdy dwa koty się na mnie gapią z odległości pół metra! Wstaję. Jakiś idiota nałożył kotom pomidory z puszki do misek. Gulasz zrobię sobie jutro.
piątek, 12 czerwca 2009
Na rozstaju dróg
Doszedłem do wniosku, że stanąłem na rozstaju dróg. Właśnie skończyłem dwa lata w SL, a to wiek całkiem zaawansowany. A do czego doszedłem?
Do niczego. Ścieżka awansu doprowadziła mnie do stanowiska kardynała, co wiąże się z podwyżką cen za śluby i gustownym wdziankiem. Wyżej nie podskoczę, bo jak? Konklawe z udziałem jednego kardynała byłoby nieetyczne, a zostać królem wzorem Jana Kazimierza? :( Nawet nie wiem, czy nie musiałbym się ożenić z Uzi, a przecież mam już najlepszą z możliwych żon... W zasadzie nie mam nic do Uzi, ale do Uzi jako istoty ludzkiej, bo jako do żony z pewnością bym coś znalazł. Choćby to, że zna więcej trudnych słów niż ja... Zresztą, czy Uzi chciałaby być Marią Ludwiką Gonzaga?! To fonetycznie niewygodne...
Więc królowanie odpada, zresztą takie królestwo to drogi interes, droższy niż rzyganie po niebieskim Johnny Walkerze w hallu Marii Magdaleny (obok wrocławskiego Rynku, jak ktoś nie rzygał).
DJ-em nie zostanę, bo mam głos gorszy od Jarosława Kaczyńskiego, i kontrowersyjny gust muzyczny. Escort... To też nie dla mnie, dobrzy klienci wymagają dobrej znajomości języków. Real nieźle daję sobie radę z językiem, ale na Boga, nie w mowie i piśmie!
Pozostaje mi chyba wieczorne chodzenie po klubach, jakieś Guano się ostatnio ogłasza. Może zostanę misterem któregoś wieczoru?...
Do niczego. Ścieżka awansu doprowadziła mnie do stanowiska kardynała, co wiąże się z podwyżką cen za śluby i gustownym wdziankiem. Wyżej nie podskoczę, bo jak? Konklawe z udziałem jednego kardynała byłoby nieetyczne, a zostać królem wzorem Jana Kazimierza? :( Nawet nie wiem, czy nie musiałbym się ożenić z Uzi, a przecież mam już najlepszą z możliwych żon... W zasadzie nie mam nic do Uzi, ale do Uzi jako istoty ludzkiej, bo jako do żony z pewnością bym coś znalazł. Choćby to, że zna więcej trudnych słów niż ja... Zresztą, czy Uzi chciałaby być Marią Ludwiką Gonzaga?! To fonetycznie niewygodne...
Więc królowanie odpada, zresztą takie królestwo to drogi interes, droższy niż rzyganie po niebieskim Johnny Walkerze w hallu Marii Magdaleny (obok wrocławskiego Rynku, jak ktoś nie rzygał).
DJ-em nie zostanę, bo mam głos gorszy od Jarosława Kaczyńskiego, i kontrowersyjny gust muzyczny. Escort... To też nie dla mnie, dobrzy klienci wymagają dobrej znajomości języków. Real nieźle daję sobie radę z językiem, ale na Boga, nie w mowie i piśmie!
Pozostaje mi chyba wieczorne chodzenie po klubach, jakieś Guano się ostatnio ogłasza. Może zostanę misterem któregoś wieczoru?...
czwartek, 11 czerwca 2009
wtorek, 9 czerwca 2009
Ciąg dalszy następuje
Wciąż mi się nie chce. Realem nie mam zamiaru napełniać tego bloga, a SL tylko mi długi rosną, dzień jak co dzień. Nawet "Jasia i Małgosi" nie chce mi się pisać. Zresztą, jeśli coś napisze, to musiałbym to potem przeczytać, żeby zrobić sobie traffic na blogu, bo może ze trzy osoby to czytają. Ale nie chce mi się czytać tego, co sam napisałem. Może, gdybym dopracował słownictwo. I fleksje. I inne. Ale nie chce mi się dopracowywać... Lepiej poszukam równania na pole kwadratu równemu polu koła. Będzie łatwiej...
wtorek, 2 czerwca 2009
Łańcuszek
Czy wiesz, jak wielkie szczęście Cię spotkało?
Już jesteś dzieckiem szczęścia, gdyż czytasz ten tekst. Jego oryginał leży zatopiony w Rowie Mariańskim, wraz z butelką Pomerol Chateau Petrus, rocznik 80 i pędzlem do golenia Ala Capone. Pierwsza kopia miała okrążyć świat na promie Challenger w 1986 roku, ale gdzieś zaginęła... Na szczęście drugą kopię przesłano Mike’owi Tysonowi, który myślał że to przepis na ucho w majonezie i tak ocalała dla świata. A także dla Ciebie.
Teraz podrap się po tyłku, obróć sześciokrotnie przez prawe ramię i daj banana samotnemu Pakistańczykowi. Następnie przepisz ten list przy pomocy edytora sms Alcatela One Touch View lub zaostrzonego patyczka i roześlij do siedmiuset czterdziestu trzech osób, a już w ciągu 20 lat spotka Cię wielkie szczęście! Nie dołączaj do listu pieniędzy, a zwłaszcza monet, InPost i tak dociąża listonoszy. Musisz to zrobić w ciągu 122 godzin, jeśli chcesz by szczęście zadziałało, co potwierdzają liczne autorytety oraz Wróżka Akima i Al Gore.
Krótka historia łańcuszka
Przyszedł, rozesłali, ktoś przerwał, a ktoś inny nie. Kogo to obchodzi???
I co teraz?
Teraz proponuję Ci zagrać w zyngo lub na bałałajce, rozdziewiczyć dziewicę lub wprost przeciwnie, powiedzieć Bradowi Pittowi jaki z niego brzydal lub ożenić się z Jantarką, wybór należy do Ciebie. Jeśli rozesłałeś tę wiadomość i tak jesteś skazany na szczęście. Chyba, że miałeś pecha załapać się wcześniej na konkurs układanek w Centrum Polska. W takim przypadku nic Ci już nie pomoże...
Już jesteś dzieckiem szczęścia, gdyż czytasz ten tekst. Jego oryginał leży zatopiony w Rowie Mariańskim, wraz z butelką Pomerol Chateau Petrus, rocznik 80 i pędzlem do golenia Ala Capone. Pierwsza kopia miała okrążyć świat na promie Challenger w 1986 roku, ale gdzieś zaginęła... Na szczęście drugą kopię przesłano Mike’owi Tysonowi, który myślał że to przepis na ucho w majonezie i tak ocalała dla świata. A także dla Ciebie.
Teraz podrap się po tyłku, obróć sześciokrotnie przez prawe ramię i daj banana samotnemu Pakistańczykowi. Następnie przepisz ten list przy pomocy edytora sms Alcatela One Touch View lub zaostrzonego patyczka i roześlij do siedmiuset czterdziestu trzech osób, a już w ciągu 20 lat spotka Cię wielkie szczęście! Nie dołączaj do listu pieniędzy, a zwłaszcza monet, InPost i tak dociąża listonoszy. Musisz to zrobić w ciągu 122 godzin, jeśli chcesz by szczęście zadziałało, co potwierdzają liczne autorytety oraz Wróżka Akima i Al Gore.
Krótka historia łańcuszka
Przyszedł, rozesłali, ktoś przerwał, a ktoś inny nie. Kogo to obchodzi???
I co teraz?
Teraz proponuję Ci zagrać w zyngo lub na bałałajce, rozdziewiczyć dziewicę lub wprost przeciwnie, powiedzieć Bradowi Pittowi jaki z niego brzydal lub ożenić się z Jantarką, wybór należy do Ciebie. Jeśli rozesłałeś tę wiadomość i tak jesteś skazany na szczęście. Chyba, że miałeś pecha załapać się wcześniej na konkurs układanek w Centrum Polska. W takim przypadku nic Ci już nie pomoże...
poniedziałek, 1 czerwca 2009
Nic mi się nie chce...
Nie chce mi się pisać, ale grzebiąc w jutubie jakoś mi się skojarzyło z SL, pewnie kwestia scenografii :)Tu wpisałem z edytora bloga link, lecz nie dziala a nie chce mi się też grzebać w htmlu, więc go skopiuję po chamsku... :P
http://www.youtube.com/watch?v=Ad1CMslSfUQ&feature=related
P.S. O, działa teraz... Ale nie chce mi się poprawiać tekstu :D
http://www.youtube.com/watch?v=Ad1CMslSfUQ&feature=related
P.S. O, działa teraz... Ale nie chce mi się poprawiać tekstu :D
poniedziałek, 25 maja 2009
Tankowanie nocą, trochę przed północą.
Gdy wczorajszego wieczoru, zostałem znienacka zaproszony przez pewną Wysoko Postawioną Osobę na eventy daleko odległe od moich codziennych poczynań oraz oddzielone barierą lingwistyczną, z góry zacierałem tłuste łapki na myśl o druzgoczącej krytyce, jaką zamierzałem wysmarować. Wszak to nieludzkie, zmuszać trzeźwego faceta w niedzielę o 23ciej do szwendania się po wernisażach i jakiś innych... Zamierzałem ociekać jadem, kapiącym z luk po zębach, wydrwić blichtr dupowleźnych imprezek, gromadzących Krewnych i Znajomych Królika, ponatrząsać się nad pompą i bylejakością. Niestety, organizatorzy obu wydarzeń zepsuli mi tę całą radość.
Pojawiwszy się w LX Galeria zostałem miło przywitany przez chmurka, będącego Autorem zgromadzonych tam prac, Scottiusa Polke. Prawdopodobnie był świstakiem, jak wywnioskowałem z jego słów, lecz ręczyć nie mogę, bowiem do końca mego pobytu w Galerii pozostał dla mnie niematerialny, co wyśmienicie pasowało do nastroju, w jaki zostałem wprowadzony. Oczywiście nie mam na myśli samego wernisażu, nawet moja nikła znajomość języka pozwala odróżnić wymianę fachowych uwag od cmokania się po policzkach i standardowej wymiany uprzejmości. Po minucie przestałem zwracać uwagę na czat, i zająłem się kontemplacją zgromadzonych prac.
Organizatorzy wystawy powinni dostać solidnego kopa w dupę. W jednej, niewielkiej sali zgromadzili bowiem prace pasujące do siebie jak wół do karety, ponadto zmieszali je bez zwrócenia uwagi, że część z nich wyśmienicie komponowałaby się jako całość. Kilka, płaskich jak biust mojej narzeczonej z przedszkola, tekstur, szarych i bezbarwnych w naszym 3D świecie, będących zapewne oryginalnymi pracami realowymi, przemieszano bez żadnej koncepcji z wieloprimowymi barwnymi kompozycjami, w sposób wręcz fantastyczny wpisującymi się w TO, co bez wahania można nazwać SZTUKĄ Second Life. I jedyne, co mogę zarzucić autorowi, to fakt że na owe przetasowanie zezwolił.

Wykorzystanie skryptów animacyjnych wpisanych we fragmenty rzeźb wzbogaciło ich statyczny przekaz, tajemnicze piękno obrazu zamienionego w mobilną bryłę zachwyciło mnie w równym stopniu co zniesmaczył sposób ich ekspozycji. Inne trójwymiarowe instalacje także mogły się podobać, nie miały w sobie surowości prac Kobro, raczej jakąś niemal nieuchwytną radość procesu tworzenia. Nie znam się kompletnie na sztukach plastycznych, lecz muszę przyznać że wystawa Scottiusa Polke wywarła na mnie spore wrażenie, a kilka z prac z przyjemnością zakupiłbym do swego salonu, by móc stale kontemplować ich koloryt zawarty w głębi bryły. 650 L$ za posiadanie w swoim choćby wirtualnym domu PRAWDZIWEJ SZTUKI to cena zgoła niewygórowana. Jestem nawet gotów wybaczyć Autorowi niewybredne macanie Hacusia....

METROPOLIS! Podziw, szczery podziw dla twórców inscenizacji, będącej odtworzeniem scenariusza do filmu Fritza Langa z 1927 roku!!! Kolejny raz sztuka niema potwierdziła swą wielkość, tak dzięki imponującym swym majestatem (i wiernością oryginałowi) dekoracjom, jak i sposobem przedstawienia widzowi samej akcji. Jako osoba niechętna eksperymentom voice’owym i kochająca surowy obraz i przekaz pisany byłem prawdziwie usatysfakcjonowany. Byliśmy przerzucani od sceny do sceny olbrzymiej scenografii, zadbano by widz nie czekał na zmianę zastawek, więc akcja toczyła się bez przerw technicznych. Oglądałem wcześniej bodaj dwie wersje filmu Langa, i muszę przyznać że SLowa inscenizacja nie wypadła na ich tle mdło, wprost przeciwnie, przez dyskretne operowanie kolorem oraz wspomnianą sztuczkę techniczną „wędrującej za akcją widowni” w jakiś sposób wzbogacała przekaz. Jako miłośnikowi steampunk, nie mogło mi się to nie podobać. Niestety, coś za coś, ogrom przedsięwzięcia odbił się na możliwościach technicznych medium, innymi słowy byłem stale na granicy możliwości technicznych mojej karty graficznej oraz prędkości łącza... Ponad 30 osób na simie i tysiące primów dekoracji robią swoje. A więc wielkie brawa dla autorów przedstawienia, i zarazem żal, że przeznaczone było jednak jedynie dla posiadaczy mocarnych komputerów. Więc może kiedyś, w przyszłości, za to z prawdziwym wyczekiwaniem! A póki co, proponuję wszystkim obejrzenie oryginalnego filmu, też warto.
Pojawiwszy się w LX Galeria zostałem miło przywitany przez chmurka, będącego Autorem zgromadzonych tam prac, Scottiusa Polke. Prawdopodobnie był świstakiem, jak wywnioskowałem z jego słów, lecz ręczyć nie mogę, bowiem do końca mego pobytu w Galerii pozostał dla mnie niematerialny, co wyśmienicie pasowało do nastroju, w jaki zostałem wprowadzony. Oczywiście nie mam na myśli samego wernisażu, nawet moja nikła znajomość języka pozwala odróżnić wymianę fachowych uwag od cmokania się po policzkach i standardowej wymiany uprzejmości. Po minucie przestałem zwracać uwagę na czat, i zająłem się kontemplacją zgromadzonych prac.Organizatorzy wystawy powinni dostać solidnego kopa w dupę. W jednej, niewielkiej sali zgromadzili bowiem prace pasujące do siebie jak wół do karety, ponadto zmieszali je bez zwrócenia uwagi, że część z nich wyśmienicie komponowałaby się jako całość. Kilka, płaskich jak biust mojej narzeczonej z przedszkola, tekstur, szarych i bezbarwnych w naszym 3D świecie, będących zapewne oryginalnymi pracami realowymi, przemieszano bez żadnej koncepcji z wieloprimowymi barwnymi kompozycjami, w sposób wręcz fantastyczny wpisującymi się w TO, co bez wahania można nazwać SZTUKĄ Second Life. I jedyne, co mogę zarzucić autorowi, to fakt że na owe przetasowanie zezwolił.

Wykorzystanie skryptów animacyjnych wpisanych we fragmenty rzeźb wzbogaciło ich statyczny przekaz, tajemnicze piękno obrazu zamienionego w mobilną bryłę zachwyciło mnie w równym stopniu co zniesmaczył sposób ich ekspozycji. Inne trójwymiarowe instalacje także mogły się podobać, nie miały w sobie surowości prac Kobro, raczej jakąś niemal nieuchwytną radość procesu tworzenia. Nie znam się kompletnie na sztukach plastycznych, lecz muszę przyznać że wystawa Scottiusa Polke wywarła na mnie spore wrażenie, a kilka z prac z przyjemnością zakupiłbym do swego salonu, by móc stale kontemplować ich koloryt zawarty w głębi bryły. 650 L$ za posiadanie w swoim choćby wirtualnym domu PRAWDZIWEJ SZTUKI to cena zgoła niewygórowana. Jestem nawet gotów wybaczyć Autorowi niewybredne macanie Hacusia....

METROPOLIS! Podziw, szczery podziw dla twórców inscenizacji, będącej odtworzeniem scenariusza do filmu Fritza Langa z 1927 roku!!! Kolejny raz sztuka niema potwierdziła swą wielkość, tak dzięki imponującym swym majestatem (i wiernością oryginałowi) dekoracjom, jak i sposobem przedstawienia widzowi samej akcji. Jako osoba niechętna eksperymentom voice’owym i kochająca surowy obraz i przekaz pisany byłem prawdziwie usatysfakcjonowany. Byliśmy przerzucani od sceny do sceny olbrzymiej scenografii, zadbano by widz nie czekał na zmianę zastawek, więc akcja toczyła się bez przerw technicznych. Oglądałem wcześniej bodaj dwie wersje filmu Langa, i muszę przyznać że SLowa inscenizacja nie wypadła na ich tle mdło, wprost przeciwnie, przez dyskretne operowanie kolorem oraz wspomnianą sztuczkę techniczną „wędrującej za akcją widowni” w jakiś sposób wzbogacała przekaz. Jako miłośnikowi steampunk, nie mogło mi się to nie podobać. Niestety, coś za coś, ogrom przedsięwzięcia odbił się na możliwościach technicznych medium, innymi słowy byłem stale na granicy możliwości technicznych mojej karty graficznej oraz prędkości łącza... Ponad 30 osób na simie i tysiące primów dekoracji robią swoje. A więc wielkie brawa dla autorów przedstawienia, i zarazem żal, że przeznaczone było jednak jedynie dla posiadaczy mocarnych komputerów. Więc może kiedyś, w przyszłości, za to z prawdziwym wyczekiwaniem! A póki co, proponuję wszystkim obejrzenie oryginalnego filmu, też warto.
czwartek, 21 maja 2009
Krótka nie-recenzja.
Nie będę recenzować wczorajszego eventu w Cytrynowej Krainie, raz -ponieważ odbył się de facto w realu, zatem poza moją parafialną jurysdykcją, dwa -jako amator nie czuję się na siłach recenzować profesjonalistów. Sztuka jak sztuka, dość przewidywalna, ale skrząca się inkrustacją perełek, żałuję że nie mogłem dopuścić męskiego organu, czyli oczu :). Ale mogę zająć się Cytryną...
Nie mam pojęcia, czy jest profesjonalistką. Prawdę mówiąc, niewiele mnie to obchodzi. Ma w sobie entuzjazm zdolny przestawiać mury (z chińskim włącznie), co w połączeniu z żywą inteligencją pozwala jej wszędzie być na swoim miejscu. Przez cały czas spektaklu miałem wrażenie, że Cytryna posiadła dar bilokacji, była równocześnie w Mechaniku jak i z nami. Spróbujcie równocześnie zakładać skarpetki i mieszać jajecznicę rozmawiając przez telefon, a zrozumiecie o co mi chodzi. Mimo, że niemal nie odzywała się, a przez większość czasu skromnie stała w kącie (a propos, w tym miejscu by się wygódka przydała), miałem stale poczucie jej obecności. To wielki dar dla animatora kultury.
Poza tym było jak zawsze, ktoś puszczał bąki, ja nie umiałem zamilknąć, a Dru nie potrafił nad tym zapanować, dzień jak co dzień. Szkoda tylko, że nie codziennie są takie codzienne dni.
Nie mam pojęcia, czy jest profesjonalistką. Prawdę mówiąc, niewiele mnie to obchodzi. Ma w sobie entuzjazm zdolny przestawiać mury (z chińskim włącznie), co w połączeniu z żywą inteligencją pozwala jej wszędzie być na swoim miejscu. Przez cały czas spektaklu miałem wrażenie, że Cytryna posiadła dar bilokacji, była równocześnie w Mechaniku jak i z nami. Spróbujcie równocześnie zakładać skarpetki i mieszać jajecznicę rozmawiając przez telefon, a zrozumiecie o co mi chodzi. Mimo, że niemal nie odzywała się, a przez większość czasu skromnie stała w kącie (a propos, w tym miejscu by się wygódka przydała), miałem stale poczucie jej obecności. To wielki dar dla animatora kultury.
Poza tym było jak zawsze, ktoś puszczał bąki, ja nie umiałem zamilknąć, a Dru nie potrafił nad tym zapanować, dzień jak co dzień. Szkoda tylko, że nie codziennie są takie codzienne dni.
wtorek, 19 maja 2009
Wybrać dobre, czy "dobre"?
Wolę Second Life.
Dlaczego taka zdecydowana opinia?
SL nie wymaga ode mnie zdecydowanych wyborów. Mogę żyć własnym życiem, a gdy ktoś postawi mnie pod ścianą wyboru, zawsze mogę pyknać myszką w Quit, a potem powiedzieć, że miałem crash. To nieuczciwe, ale szalenie wygodne. Takich zalet SL jest tak wiele, że aż głupio mi, że z nich nie korzystam. To pewnie nacisk mojego avatara, bycie księdzem zobowiązuje. To tak, jak inne moje wcielenia, "literackie" bądź netowe. Determinują swoim istnieniem i przybraną osobowością moje wybory. Nie umiem w internecie gwałcić, wyzywać od najgorszych, wykorzystywać swoje atuty. Pozorna wolność wynikająca z anonimowości internetu gdzieś znika, gdy mam nakazać swojemu alternatywnemu bytowi działania sprzeczne z własnym kodeksem moralnym, lub nawet narzuca mi swój, znacznie berdziej restrykcyjny niż mój własny. Pewnie dobry psychiatra by sobie z tym poradził, ale nie stać mnie na dobrego psychiatrę...
OK, cofam pierwsze zdanie! Wolę real! Mam dziś normalny wybór, mogę oglądać "Bonnie i Clyde" lub "Upadek"! Ale to wybór pozorny :P Bo nie mam w zasadzie ochoty oglądać jak współcześni Niemcy chcą wybielić pokolenie demokratycznie wybierające Hitlera. Wolę już popatrzeć na nogi Faye Dunaway, zresztą psychopatyczna parka grająca na Tommygunach zawsze będzie atrakcyjniejsza, niż oklapły wąsik psychopaty solo.
Dlaczego taka zdecydowana opinia?
SL nie wymaga ode mnie zdecydowanych wyborów. Mogę żyć własnym życiem, a gdy ktoś postawi mnie pod ścianą wyboru, zawsze mogę pyknać myszką w Quit, a potem powiedzieć, że miałem crash. To nieuczciwe, ale szalenie wygodne. Takich zalet SL jest tak wiele, że aż głupio mi, że z nich nie korzystam. To pewnie nacisk mojego avatara, bycie księdzem zobowiązuje. To tak, jak inne moje wcielenia, "literackie" bądź netowe. Determinują swoim istnieniem i przybraną osobowością moje wybory. Nie umiem w internecie gwałcić, wyzywać od najgorszych, wykorzystywać swoje atuty. Pozorna wolność wynikająca z anonimowości internetu gdzieś znika, gdy mam nakazać swojemu alternatywnemu bytowi działania sprzeczne z własnym kodeksem moralnym, lub nawet narzuca mi swój, znacznie berdziej restrykcyjny niż mój własny. Pewnie dobry psychiatra by sobie z tym poradził, ale nie stać mnie na dobrego psychiatrę...
OK, cofam pierwsze zdanie! Wolę real! Mam dziś normalny wybór, mogę oglądać "Bonnie i Clyde" lub "Upadek"! Ale to wybór pozorny :P Bo nie mam w zasadzie ochoty oglądać jak współcześni Niemcy chcą wybielić pokolenie demokratycznie wybierające Hitlera. Wolę już popatrzeć na nogi Faye Dunaway, zresztą psychopatyczna parka grająca na Tommygunach zawsze będzie atrakcyjniejsza, niż oklapły wąsik psychopaty solo.
Subskrybuj:
Posty (Atom)